STATUT FUNDACJI POSTAĆ PATRONA PARK MINIATUR,
MINI ZOO
WŁADZE FUNDACJI
Historia ochrony zabytków
Projekt budowy Żywego skansenu
Historyczne Zakopane
Przyroda w skansenie
Ekologiczne produkty Skansenu
Pamiątki ręcznie robione
Programy wycieczek górskich
Fundacja SKANSEN poleca miejsca zaprzyjaznione
Klub Przyjaciół Fundacji
Wspomóż fundację
Sprawozdania z działalności
Bieżące wydarzenia
Zapraszamy do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Włoskiej
Tatrzańskie Impresje
Już wkrótce będzie można skorzystac: "Pobierz filmy"
Platforma studencka
"Park miniatur w Zakopanem"- w budowie
Zapowiedzi: Kolejką wśród zabytków Zakopanego i Podhala
Turystyczny program Fundacji SKANSEN
Polecamy
KONTAKT
Znajdujesz się wStrona głównaPlatforma studencka4. Opracowania przyrodnicze oraz historyczne z Podhala i Tatr

Opracowania przyrodnicze oraz historyczne z Podhala i Tatr

1. „Historyczna księga Tatr” – Marian Matusiak
2. „Ostatnia spowiedź papieskiego fiakra” – Marian Matusiak
3. „Mieszkańcy płonącej doliny” (fragmenty powieści) – Marian Matusiak

 

1. Historyczna księga Tatr

     „Liber natorum et baptisatorum pro pago Kościelisko ab anno 1848 ad anno 1932” to cenny archiwalny dokument kościelny. Księga zawiera wiele informacji dotyczących personaliów dawnej służby leśnej zarządców dóbr tatrzańskich: rodziny Homolacsów oraz hrabiego Władysława Zamoyskiego. Występują w niej nazwiska nadrzędnych pracowników leśnictwa z lat 1850-1900: Gustaw Finger, Antoni Kocyan, Gustaw Horvath, Andrzej Chwalibóg, Vilchelm Effenberger, Ferdinandus Lorens, Clemens Barnowski, Antonius Schmid, Clain Reiser, Clemens Dąbrowski.
Droga pożółkłej dziś księgi, która zawiera nie publikowane dotąd szerzej informacje, wiodła do tej wsi przez Zakopane. Dotychczas bardziej znana była historyczna „Kronika parafii zakopiańskiej”, spisywana przez pierwszego proboszcza, księdza Józefa Stolarczyka. Mało jednak wiedzieliśmy o założonej i prowadzonej przez tego proboszcza „Księdze narodzin i chrztów”. Oba rękopisy powstały w jednym, 1848 roku. Dlatego uznałem, iż warto pokusić się o rozczytanie jej łacińskich zapisków. Niewielu badaczy korzystało dotychczas z tego pozornie mało wartościowego źródła wiedzy. Stanowi ono jednak cenny materiał do dalszych prac badawczych nad historią Tatr.
Połowa XIX wieku to największy okres rozkwitu tatrzańskiego górnictwa i hutnictwa. Dobra zakopiańskie z kopalniami kruszców i rud żelaza należały wówczas do węgierskiej rodziny ziemiańskiej Homolacsów. Proboszcz Stolarczyk był cenionym duszpasterzem braci górniczej zamieszkałej w Kuźnicach i Dolinie Kościeliskiej oraz przyjacielem Homolacsów. Był ich bliskim współpracownikiem i towarzyszem górskich wędrówek.
Homolacsowie, prowadzący zakłady przemysłowe w Tatrach, na wiele lat przed objęciem przez  Stolarczyka probostwa, zobowiązali się do wybudowania we wsi świątyni i stałego utrzymaniaksiędza.Zanim Stolarczyk przybył do Zakopanego zręby drewnianej świątyni już stały. Proboszcz w znanej „Kronice...” nie pomija zasług Kościeliszczan przy rozbudowie parafii pod Tatrami, pisząc, iż mieszkańcy Zakopanego i Kościeliska razem z Dominium Zakopane wybudowali Kościół... . Przytoczony zapis dowodzi, że mieszkańcy Polany Stare Kościeliska
w Dolinie Kościeliskiej, wsi Kościelisko jak i Zakopanego i Kuźnic podlegali jego urzędowi i objęci byli ewidencją narodzin w „Liber natorum...” . Przed jego instalacją na ten urząd nikt nie rejestrował w Zakopanem urodzin, chrztów i pogrzebów. Dopiero Stolarczyk założył księgę i dokonywał zapisów; wprowadzał dane osobowe biologicznych rodziców, rodziców chrzestnych oraz wymieniał uprawiane przez nich zawody i określał pełnione funkcje społeczne.
Księga odzwierciedla ciepłe stosunki właścicieli hut kuźnickich z miejscową ludnością. Z pomieszczonych w niej zapisów dowiadujemy się, że Homolacsowie trzymali do chrztu dzieci góralskie. Gdyby zapisów dokonywano nieco wcześniej, wiedzielibyśmy dzisiaj więcej o przeszłości tej węgierskiej rodziny. Wszystkie dzieci Klementyny i Edwarda Homolacsów urodziły się jednak przed powstaniem księgi. Ważnym przypisem do bliższego poznania tej górniczej rodziny (przed zamieszkaniem w Kuźnicach), jest informacja widniejąca w księdze pod rokiem 1852. Stwierdza ona narodziny dziecka Zuzanny i Vencislausa Pawełków, pracowników zakładów hutniczych. Jako miejsce narodzin rodziców chrzestnych, którymi byli Homolacsowie, figurują w księdze dwa węgierskie miasta: Gerila i Boncs. Mając na uwadze informacje, że Homolacsowie sprowadzili pod Tatry rodaków z Węgier oraz górników ze Styrii i Karyntii, Czech i Moraw, jest to dla badaczy ślad do dalszych poszukiwań korzeni rodowych tej rodziny oraz ludzi zatrudnionych w górnictwie tatrzańskim. Dotychczas na takie ślady nie natrafiono.
Z kolejnych zapisów w księdze wyczytać można wiele innych ciekawych relacji i zdarzeń. Znany pracownik hut kuźnickich, a później leśniczy Doliny Kościeliskiej, Antoni Kocyan figuruje w „Encyklopedii Tatrzańskiej”, autorstwa Zofii i Witolda Paryskich, jako ojciec dwóch córek i syna. Autorzy tego dzieła przedstawiając biografię Kocyana umieścili tylko dane dotyczące drugiego małżeństwa, przemilczając jego wcześniejszy związek małżeński. Z ich opracowania wynika, że nie korzystali oni z tej historycznej księgi Tatr. W rzeczywistości Antoni Kocyan miał z pierwszego małżeństwa z Emmą Frohlich cztery pary bliźniąt. Gdyby nie rzetelne zapisy w księdze Stolarczyka, nikt by o tym nie wiedział. W 1866 roku los obdarzył jego małżeństwo córkami, Heleną i Stefanią. W tym miejscu dowiadujemy się też nieco więcej o jego rodzinie. Ojciec Kocyana miał na imię Józef, natomiast matka nazywała się Catharina Kapuścińska. Biorąc pod uwagę miejsce urodzenia Kocyana - Maków Podhalański - i korzystając z powyższych danych, nie trudno będzie iść za śladem, drążąc tamtejsze księgi parafialne w poszukiwaniu korzeni tej rodziny. W rok później ksiądz Stolarczyk chrzci następne bliźniaczki Kocyana, Sophię i Mariannę. W 1869 roku rodzą mu się synowie Edward i Victor, których chrzcił ksiądz Andrzej Pleszowski. W ostatnim roku jego zarządzania Doliną Kościeliską, przed ostatecznym opuszczeniem Polski dla węgierskiej wówczas Orawy, w 1870 roku kronika notuje kolejne bliźniaki. Na świat przyszły córki Henrica i Emilia. Tym razem, jako ojciec chrzestny dzieci Kocyana występuje jego bezpośredni zwierzchnik, nadleśniczy Gustaw Finger. Znając niechlubne fakty z życia braci leśnej XIX stulecia, nasuwa mi się ciekawa uwaga dotycząca wzajemnych ciepłych kontaktów pomiędzy ówczesnymi leśnikami służby Homolacsów. Koligacje Kocyana z Fingerem wskazują na przyzwolenie i bezkarność w śmiałych poczynaniach leśników przy gospodarowaniu substancją przyrodniczą Tatr. Z jednej strony uczestniczyli oni w organizowaniu pierwszej straży do ochrony kozic i świstaków z drugiej zaś za przyzwoleniem swoich chlebodawców tworzyli ich tatrzańską kolekcję zoologiczną. Efektem tych poczynań były krwawe łowy. Antoni Kocyan sprzedawał w tym czasie do wszystkich ważniejszych muzealnych ośrodków europejskich niewyobrażalne dziś ilości zastrzelonego i wypchanego przez siebie ptactwa oraz innych mieszkańców Tatr.
Na podstawie rodzinnego archiwum po Kocyanie, jego wnuk, Ludovit Kocyan (słow. Kocian), pracownik naukowy na Uniwersytecie w Bratysławie potwierdza, że jego dziadek wyposażył Muzeum Orawskie w Orawskim Podzamczu w 636 eksponatów ptaków i ssaków z Tatr, a do Muzeum Węgierskiego Towarzystwa Karpackiego w Popradzie wysłał 14 skrzyń i stelaży, zawierających 814 eksponatów. Stwierdza też, że Antoni Kocyan, przeniósł się na węgierską wówczas stroną Tatr jak pisze Ludovit: dla chleba panie, dla chleba, czyli na nowe i dużo większe tereny łowieckie. Stało się tak po zabiciu przez niego większości kręgowców (ryby, płazy, ptaki, gady, ssaki) występujących po polskiej stronie Tatr. Wobec ujawnionych powyżej danych rodzinnych Kocyana, które odsłania kościeliska księga ewidencji narodzin, jawniejsze stają się powody jego zarobkowej działalności. Utrzymanie tak licznej rodziny i obowiązek „alimentacyjny” wobec pierwszej żony wymagały sporych środków pieniężnych.
Dalsze zapiski w „Liber natorum...” dotyczą znanego góralskiego rodu Krzeptowskich. Ksiądz Józef Stolarczyk przeprowadził w 1866 roku uroczystość chrztu bliźniaczek, jakie narodziły się Rozalii i Józefowi Krzeptowskim. Dobrosąsiedzkie stosunki spolszczających się Homolacsów z góralami ujawnia to, że jako rodzice chrzestni figurują ponownie zarządcy Kuźnic. Tym razem jako ojciec chrzestny występuje Edward Homolacs (junior), dyrektor huty zakopiańskiej, oraz Eleonora Mally, podpisana jako żona dyrektora fabryki żelaza. Z powyższego dowiadujemy się, że Franciszek Mally, kasjer kuźnickiego przedsiębiorstwa Homolacsów, który pełnił później obowiązki zarządcy, przebywał w Zakopanem z rodziną. Zmarł on w Kuźnicach w 1878 roku i pochowany jest w głównej alejce Starego Cmentarza w Zakopanem. Miejsce pochówku jego żony Eleonory nie jest dzisiaj znane.
Na rok przed śmiercią, w 1891 roku ks. Józef Stolarczyk dokonał ostatniego chrztu. Następnie przez krótki okres widnieją autografy ks. Łukasza Strzeleckiego, po czym od 4 października 1891 roku chrztów dokonuje ks. Kazimierz Kaszelewski, późniejszy proboszcz Kościeliska.
Pod rokiem 1894 istnieje w księdze zapis świadczący o dobrych stosunkach malarza i literata Stanisława Witkiewicza z miejscową ludnością. Występuje on jako chrzestny dziecka góralskiego. Trzymał do chrztu z Reginą Bukowską córkę Matthiasa Kuli – Mariannę (zmarłą 7.VIII. 1978 roku), późniejszą żonę Jana Styrczuli. W 1893 i 1894 roku jako ojciec chrzestny zanotowany jest znany przewodnik i ratownik górski, Klemens Bachleda.

Marian  Matusiak

2. Ostatnia spowiedź papieskiego fiakra

 

   Józef Obrochta „Muńcorz” 1928-2001,    zmarły niedawno w Kościelisku pasterz owiec miał życie barwne i ciekawe.

Mój dziadek Wojciech Marduła pochodził ze Skibówek. Babka rodem była z Leśnicy. Leśniczanie mieli swoje własności na Kirach, gdzie babka pasała w młodości krowy. Dawniej chodziło się często ku pasterkom
i tym sposobem mój dziadek poszukał sobie towarzyszkę życia. Po ożenku zajmował się wypalaniem wapna w Dolinie Kościeliskiej. Leśniczym był tu wtedy Lorenc, a jego zastępcą Józef Wójtowicz. Kiedy zabroniono rąbać drzew w lasach do procesów wypałowych wapna, dziadek zapożyczył się u Lorenca na zakup węgla w Chabówce. Oddał mu w zastaw swoją chałupę i parcel na Skibówkach, tam gdzie dziś mieści się Sanktuarium wybudowane jako wotum wdzięczności za ocalone życie papieża Karola Wojtyły, w czasie pamiętnego zamachu w 1981 roku. Dziadek jednak nie wywiązał się ze zobowiązań i majątek jego przepadł na rzecz leśniczego.
Z opowieści dziadka wiem, że po wapno przyjeżdżali do nas furmani z Orawy. Dziadek miał z nimi częste kontakty handlowe, więc kupił na Słowacji młyn i karczmę we wsi Witanowa. Słowacy mu jednak zazdrościli i mówili: Polaczku! Lebo se tu, lebo se tam.
W Miętusiej na Równi pod Wantulami istniał wapiennik. Użytkowała go spółka z Miętustwa. Do dziś w miejscu gdzie wypalali wapno nie rośnie trawa. Przed wojną przenieśli się z paleniem tego wapna na Kiry. Na Kirach była też cegielnia w miejscu gdzie wchodzi się do lasu popod regle. Resztki tej cegielni badał później Zwoliński. Opowiadał mi dziadek, że za strzelnicą na Groniu były iły i stamtąd wozili glinę, kiedy jeszcze wyrabiali tu cegły.

   W dzieciństwie byłem honielnikiem przy bacy Władysławie Karpielu, który prowadził swoje gospodarstwo szałasowe w Dolinie Kościeliskiej na Hali Ornak. Kiedyś oreł porwał tam siedmioletniego chłopca, uniósł go w powietrze, a potem upuścił i chłopiec się zabił;  stąd od słowa oreł powstałanazwa Ornok.

Tyle mówi ludowa historia powstania tej nazwy. Świadczy to jednak o tym, że życie na tatrzańskich halach, pośród orłów i niedźwiedzi do łatwych nie należy. W takich warunkach przyszło mi wzrastać jako młodemu pomocnikowi bacy. Owce pasło się na Ornaku i na Hali Smytniej. Kiedy jednak nie było dozorców leśnych umykało się ze stadem w zakazane rewiry Hali Pysznej. Trudno było uśpić czujność Józefa Stopki zwanego Dziadusiem. Był on strażnikiem łowieckim, który pilnował pasterzy, aby nie tępili zwierząt. Mieszkał w małym domku leśnym koło Potoku Pyszniańskiego. W Końcu jednak juhasi z Czerwiennego zemścili się i spalili jego służbową chatkę. Paśli oni na Smytniej, na części Bustryckich. Bustrycką zwali  Kasprzocka. Miała ona wszędzie w Tatrach swoje części. Dziaduś pochodził z Gronika a wcześniej był kłusownikiem.
Żeby przyjęli cię na juhasa trzeba było przejść pasterskie szkolenie w górach. Były to próby odwagi i posłuszeństwa dla swojego pracodawcy - bacy. Roz posłali mnie do sałasa na Iwanówke po sól. Wrazili cięzki wór na plecy i zakazane było zeby się obzierać za się i na to coś niós. Sedeś z tym ciynzorem w góre. Na drugiej holi pytołeś bace o sól. Tyn zaś pytoł, coś tu telo prziniósł. Zaziero do wora a tam cało kupa skoli. Kiedy indziyj zaś kozali ci iść z krzizem po pucierke na drugom hole. Wrazili ci za kosule drzewiany krucyfiks i sedeś z rynkami ozpostartymi jak oreł w locie. Pomiyndzy smreki ni mógeś się przecisnonć. Musiołeś wypełnić wole bacy. Bacowie między sobą wiedzieli ze juhasów posyłają po holach lo śmiychu.
To był taki tresung.  
Okresowo pasło się krowy na Kirach i biegało do Zakopanego z borniami mleka. Sło się w Zokopane boskiem. Miołeś wte buty?. Brołek 5 borni po 2 litry kozdo i sedek do zyda Fusa przed Zokopanym. Zyd miyskoł na Kościeliskiej po lewej stronie. Brol 2 litry mlyka. Śtyry bornie niesło sie na plecak a jedne w rynce.
Innym odbiorcą mleka był Łatak, który mieszkał na Skibówkach oraz znajomy szewc Za Strugiem. Masło zostawiało się dla siebie. Zanim doszło się do Zakopanego, sporo mleka wylało się. Ratując sytuację, do mleka dolewałem wody, żeby była dobra ilość. 
W czasie wojny we wsi kobiety wyszywały wieczorami przy lampie naftowej bluzki. Zmawiały się na posiady do Ciotki Muńki w Kirach i omawiały przy tym co Niemcy planowali. Ciotka podsłuchiwała te rozmowy w czasie pracy u nich na Groniku i mogła ostrzec partyzantów w Tatrach. Bluzki niosło się do Niemczykowej na ulicy Nowotarskiej. Niemczyki to szmegesanci. Mieli sklep na Krupówkach, przy rogu Witkiewicza. Marysia Niemczykowa dowała mi zawse bułke. Kiedyk seł w Zokopane, to ta bułka śniła mi się całom droge.
Jak służyłem u Staszka Karpiela, w leśniarce schodzili się leśni i planowali jak zatrzymać Wacka Krzeptowskiego i gdzie go powiesić. Pochwycili go na Słowacji w Hradku a życie zakończył na Czajkówce w Kościelisku. Najpierw zawlekli go do jego brata Julka, żeby ten widział z czyich rąk i jak giną zdrajcy rodów góralskich. Egzekutorów było trzech: Edo Diadoń, Rudek Samardak i Staszek Karpiel.
Za leśniczego Lorentza leśnym był Olszewski. Mieszkał on na Starych Kościeliskach w leśniarce, w „Murach”. W tym budynku była dawniej gonciarnia i rżnęli gonty na wszystkie leśniczówki. Drewno w wałkach wozili z półki spod Tomanowej.
W 1939 roku, kiedy wybuchła wojna, leśniczym na Kirach był Tadeusz Ciesielski. Wspinał się taternicko w górach i zorganizował w Kościelisku punkt oporu. Do tego gangu należeli też Berestka i Józef Krzeptowski. Ciesielski zginął w 1942 roku w Oświęcimiu. Chałupa Ciesielskiego jest w Pająkówce w Kościelisku. 
Kiedy wychodziło się redykiem w hole na Michała, owce które zostawały we wsi beczały za jagniętami. Czas był jednak ruszać według powiastki:
Kie przidzie Michała, Rafała, bedzieme wyganiać owiecki z kosora.
Nie wolno było się podpierać ciupagą w czasie przemarszu tylko hore i hore.

Ej mine jo se mine
Niejedne dziedzine
Ino tyj nie mine
Skąd se mom dziywcyne.

   Jak już znalazłeś się na hali, trzeba było stosować się do zasad górskiego żywobycia. Wchodząc do szałasu mówiło się: Pan Bóg z nami i trzeba było wytrzeć trzy razy nogi. Ten co był wewnątrz szałasu odpowiadał: I duch swaty.    
Wtedy po tym pozdrowieniu przekraczało się próg i wchodziło do środka.
Dawniej w szałasie nie wolno było śpiewać. Godało się,  ze przydom wte diabli.  
Na jednego juhasa przypadało wtedy 100 owiec, a juhasów pasło czterech. Kiedy w stadzie znalazło się kilka kóz to trudno było owce upilnować. Kozy bowiem zawsze odwodziły po kilka owiec pomiędzy skały skąd trudno było je później wydobyć. Co napilnujes kie koza idzie i idzie!

Kiedyś zginęła mi owca w Pysznej. Szukało się wtedy wszędzie. Okazało się, że zabłąkała się koło dawnego schroniska na Pysznej i wpadła do kilkumetrowej studni. Studnia ta jest tam do dzisiaj nie zabezpieczona. Pewnie nie jedno zwierze jeszcze tam przypadkiem wpadnie, ale leśni o to nie dbają, żeby ją zakryć. Na Pysznej pod Bystrą jest pięć stawków. Z jednego owce nigdy nie chciały pić wody.
W 1949 roku pierwszy raz poszedłem z owcami jako baca na Smytnią. I tak już bywało co roku. Kiedy poszliśmy w 1953 roku ponownie na Smytnią,
7 czerwca spadły śniegi większe jak zimą. Pokrywa sięgała jednego metra. Zanosiło się na dłuższą przerwę wypasową. W białym puchu wracaliśmy ze stadem do Kir przez cały dzień. Tulało się wtedy kule śnieżne na pagórkach w Kirach, żeby odsłonić przykrytą, sporo podrośniętą już trawę. Śniegi trzymały się cały tydzień. 
Jednego roku, zaraz po wojnie jak przyszły ulewy to uwiezło się spod Smytniańskich Turni i wyjechała lawina kamieni na szałas w Smytniej. Zwaliło też wtedy Krzyż Pola i teraz przeniesiony jest bliżej, o jakie 150 metrów.
Historię z krzyżem opowiadał mi Zwoliński. Było tak, że poszło o zakład na pieniądze. Kamienie młyńskie ze starego młyna, co miał stać tam gdzie schodzą się wody potoków z Dolinki, Ornaczańskiego i z Pysznej, miały być przeniesione na Budzówkę. Tam kany mos dziś Młyniska i downiyj stoł królewski młyn, blisko przy potoku był Jegerhaus - wiym to od dziadka.
Chłop przewiesił przez ramiona dwa kamienie, jeden na plecy drugi z przodu. Na Smytniej potknął się i go przycisnęło. Zostawili więc ten kamień w miejscu jego wiecznego spoczynku, a drugi przewieźli tam, gdzie miały być doniesione obydwa. Napisane jest na krzyżu I nic nad Boga, bo ten siłacz chciał być swoją siłą nad Boga.
Jak przychodzili ze wsi po ser, to przynosili na szałas moskole z jarcanej mąki pieczone na blachach. Donosili też spyrkę, grule i kapustę w borence. Jadło na szałasie było rozmaite. Najczęściej warzyło się kapustę na żentycy z grulami. Warzyło się też kluski jarcane z masłem. Masło robiło się na szałasie. Na noc zostawiało się mleko nie klagane i rano z wierzchu zbierało się śmietankę. Codziennym pożywieniem była kromka chleba z czerpakiem żentycy i grule pieczone na watrzysku w szałasie. Kiedy zachodzili na szałas kłusownicy, to wymieniali mięso na sery. Wybierało się też jajka z ptasich gniazd.
Kiedy sło się cosi ubić brało się łuki. Miało się je w sałasach. To były sposoby starodowne. Za polowacke była okropno koralność, temu godało się strzeloj z łuku coby nie było huku.
Łuki robił taki spinkorz z Ratułowa. Pisoł się Kubin. Chodzieł po sałasak i oznosił spinki. Robił tys ciupagi i takie wagi ręczne co nazywali wincerze. Spinka, kiyrpce i bioło kosula to była honorno sprawa. 
Kubin umioł tys podrobiać śrebrne 10 złotówki i wpod na tym.
Łapało się też w górach świstaki. Zakopywały się one głęboko, na 2,5 do 3 metrów. Jak zima była lżejsza to nory ich były płytsze. Na świstaki polował leśny Karpiel, który z początku był kłusownikiem. Skóry świstacze szły na kołnierzyki i kożuszki a sadło po stopieniu używało się jako lekarstwo. Wyciągało się je z nor świdrami. Na końcu przypięte było mięso i wpychało się świder do nory.  Kie świstok połknon miyso, zwyrtało się świdrem i to go zadowiło. Case wyrwało się krztoń z językiem a reszta świstoka została w norze. Kopało się wte coby świstoka wydobyć. Było to jak się układały do snu zimowego, jeszcze przed śniegami. U Symka Zoryckiego na Krzeptówkak bedom jesce świdry na świstoki. Ón już nie zyje. To był downy polowac w Hlinie, Raćkowej i Końcystej. 
Na kozice polowało się inaczej. Brało się sprawione łby z capa i w czasie rui podchodziło się jak najbliżej do stada. Nasuwało się skóry na głowę i udawało się capy. Bodło się rogami i beczało żeby zwabić kozy i one wtedy podchodziły blisko. Można było strzelić wtedy z łuku.
   Honorny kłusownik to był taki, co mioł w chałupie sprawionego orła.

    Na Wyżniej Równi Tomanowej są trzy groby dzieci. Było to zaraz po wojnie. Szły one na Tomanową, jedna dziewczynka i dwóch chłopców. W Tatrach działała jeszcze partyzantka. Partyzanci, Ak-owcy myśleli, że dzieci ich śledzą. Najpierw trzymali je na hali czekając kto po nie przyjdzie. Nikt się nie zjawił więc je zabili.
Koło kościoła w Kościelisku na Szeligówce jest dom –„Śmiechówka”. Tam po weselu Habiny poszli Ak-owcy spać. Było ich chyba sześciu. Przyszli ubowcy i tam ich zastrzelili.
Na Tomanowej była wzorcowa bacówka państwowa. Zaraz po wojnie rozebrali ją i przewieziona była na Kiry. Dzisiaj mieszka w niej dawny pracownik leśny Franek z Morgu. Jak pamiętam to w Tomanowej pasał Władysław Krupa z Czerwiennego. W Smreczynach Jędrzej Sobczyk z Kościelisk. Na Ornaku pasł Władysław Sobczyk z Kościelisk. Na Hali Pisanej mieli Mikołajki, pasł tam Franciszek Bobak. Za Stołami byli Księżnioki z Bystrego, Władek i Jasiek. Na Upłazie paśli Kozoki z Harendy i Czuj z Cichego.
Halę Pyszną mieli Klikuszowianie. Potem wykupił ją Zamoyski pod park.
Za Niemców robili bitą drogę do Zbójnickich Okien do zwózki drewna. Najemnych furmanów górskich nazywali hobokami. Byli to furmani niemieccy. Drewno spod Zbójnickich Okien spuszczali na drogę i podciągali na Stare Kościeliska, gdzie ładowali na wozy. Dawniej stała tam stara karczma Zamoyskiego. Transporty drewna wyjeżdżały do Czarnego Dunajca na kolej. Było cosi dziesięć porówek koni. Leśnicym był wte Skalski, a do lasów chłopskich Lotko. Skalski to był folksdeutsch. Lotko też służył Niemcom.
Drewno wywożono także z Podspadów w Tomanowej i ze Smreczyn. Wszystkie te transporty szły do Niemiec. Wcześniej także, co wiem od dziadka, po turniczkach wokoło Pisanej rosły twarde drzewa, które wycinali do pieców. Węgiel drzewny z nich był dobrej jakości i szedł do pieców na topienie żelaza i wapna.
Kiedy leśniczy Wójtowicz wraz z rozpoczęciem wojny uciekł za granicę to Lotko kupcył z jego babą.
Za czasów Wójtowicza wybuchła w Tatrach pryszczyca. Owce masowo zdychały a niektóre trzeba było dożynać. Zakopywało się w całości ze skórą do ziemi. 250 owiec Ptosia zakopanych jest w Lejowcu na Hutach. Nie wolno było przechodzić ze szopy do chałupy.
  Tam ka dziś stoi schronisko na Ornoku, była leśniarka. Leśni mieli krowy
i owce. Leśniarka została spolono. Schronisko wybudowali dlo Staska Marusorza i ón tam pote gazdowoł. Drzewo na schronisko wozili z Kopy Smreczyńskiej.

W 1955 roku kupiłem od Mracielników Kopkę, górę po zachodniej stronie wejścia do Doliny Kościeliskiej. Do Kopki należała też Cudakowa Polana, która była moją własnością po babce rodem z Leśnicy. Mówili na nich Cudoki, bo nie umieli pisać i czytać. Od tego czasu zaczęła się moja samodzielna praca w zawodzie tatrzańskiego bacy. Dorywczo imałem się różnych dodatkowych zajęć, które przynosiły mi jako furmanowi zyski.

W pięćdziesiątych latach często przyjeżdżał w Tatry ksiądz Karol Wojtyła.
Szedł zawsze z dworca kolejowego w Zakopanem ze swoim plecakiem i przerzuconymi przez ramię nartami do mojej chałupy na Kirach. Było nas tu wtedy dwóch fiakrów, Galica i ja.  Zaprzęgałem wtedy konia i na życzenie woziłem księdza do Doliny Chochołowskiej. Działo się tak chyba ze trzy sezony. Raz kiedy wracałem po odwiezieniu Wojtyły, jacyś Państwo zrobili mi zdjęcie z koniem i potem przysłali mi na Kiry.
Jak Zwoliński prowadził badania górnicze na Starych Kościeliskach, to zatrudnił mnie do prac furmańskich. Mówił o trzech kuźniach, które odkryliśmy na polanie. Było pod nimi całkiem wypalone. Tam, ka dziś mos reśtki pieca odkopali my stare mury, Zwoliński pomiyrzoł wyrysowoł i zasuło się całość zółtym pioskem. Spod Stołów korytem z gliny i skoli sła woda na młyńskie koła. Z Lodowego Żródła tys było koryto na wode.

   Jak powstał w Tatrach park i prowadzili wywłaszczenia, to dawali tereny pod wypas na Jaworkach w Szczawnicy. Mieszkali tam wtedy Łemkowie, których wywłaszczali, aby górale mogli tam paść. Łemkowie mioeli pretensje i mawiali: żeby nie ci górale z owcami to by nas nie wypędzali. Koleją nie chcieli nam wozić owiec, bo Ukraińcy się sprzeciwiali. Mówili, żeby górale nie pchali się w ich tereny. Kiedyś urządzono w Jaworkach kurs bacowski, żeby nie paskudzić sera rękami. Uczyli jak podbierać ser drutem z rozpostartą na nim lnianą szmatką. Słowiński Staszek, którego wcześniej dobrze znałem był leśniczym w Powroźniku za Gorlicami. Stawiał u siebie bacówkę i kazał mi jeździć w tamte tereny z owcami. Zrezygnowałem z tego, bo to daleko. Trzeba było jeździć do Gorlic koleją, potem dalej różnymi okazjami.
Kiedy w 1958 roku Zwoliński i Winiarski prowadzili prace przy udostępnianiu do zwiedzania Jaskini Mroźnej, zatrudniłem się do pomocy. Woziłem koniem ręczne pompy i węże strażackie, które służyły do wydobywania wody z jaskini.  Innym zaś razem, kiedy były susze, donosiło się ze źródeł wodę do zaprawy murarskiej przy budowie sztucznych przejść we wnętrzu groty.
Kiedy już zamontowano agregat prądotwórczy do oświetlenia jaskini, to brało się dwa kanistry ropy uwiązane u homątu i wio hore do jaskini po schodkach z koniem. Taki to był koń, ze chodził za cłekem jak pies. Na nim ek wjechoł do Harnasia, za Staszka Żankowskiego. Było to tak. Założyli my się ze wjadem na koniu bez dźwiyrze do knajpy. Żankowski godoł: kie wjedzies, to stawiom liter gorzołki. Posedek po konia i śpiewajęcy wjehołek pod samiućkom lade.
Na Starych Kościeliskach była po lewej stronie karczma. Prowadził ją Słowiński. Tam kiedyś popijali zbóje, którzy wyrabowali pewną szlachciankę i schowali kapelusz pieniędzy w Bramie Kantaka. Słowiński polewał im gorzołki i ci wygadali się gdzie umieścili pieniądze. Sam poszedł w to miejsce i zabrał kotlik.
W Dolinie Kościeliskiej jest budynek „Myszka”. Jego właścicielem był żołnierz wojska podhalańczyków Kułakowski. Prowadzili tam pensjonat. U nich pracowała moja matka. Potem Kułakowscy sprzedali „Myszkę” Beckerom. Becker miał guzikarnię w Krakowie.

   Życie letnie na wysokogórskich halach przy granicy ze Słowacją wiązało się z przemytem i ryzykiem różnych granicznych konfliktów. Była okazja do dodatkowego zarobku i wymiany towarowej.
   Nie bojem się noza ani rewolwera, moja prawo roncka bije jak cholera.
Kiedy pasało się w Dolinie Pyszniańskiej, z drugiej strony granicy wypasali też owce i woły pasterze słowaccy. Łatwym zarobkiem, okupionym jednak ryzykiem wpadki był handel wymienny. Słowacy brali od nas spirytus
a zostawiali pionierki. Na Ornaku, nad Pyszną była schowka na ten cel. Kiedy razu pewnego poszli my do wsi Wychodnej przez zieloną granicę, to dali nam odzienie słowackie i w knajpie aby nas nie rozpoznano kazali nam gadać: hej. Popijało się tam rum i borowiczkę i zamiast na zdrowie mówiło się hej. Wesoło było i śmiesznie.
Wiedziało się jednak, że pod Bystrą po słowackiej stronie była zamaskowana koleba. Tam siedziały ziandary.
Kiedyśmy powracali przez Kamienistą, dojrzeliśmy niedźwiedzia. Jadł sobie borówki. Wiatr był od Pysznej, nie w jego stronę, dlatego nas nie zwęszył. Poszedł sobie w jedną stronę a my w drugą.
Zbójeckie to było życie. Jakeś seł na zbójnika to musiołeś wytrzymać na pympku siedym wągli, i dopiyro wte cie brali na zbój.
Kradło się też Słowakom owce i woły. Kiedyś z Raczkowej nasi ukradli 60 owiec. Brali w tym udział: Jędrek Tutka z Krzeptówek, Jędrek Galica „Kościerz”, i Henryk Piwowarczyk „Piwowar”. Tutka to był robsior całą gębą. Pędzili te owce granią przez Czerwone Wierchy i dalej na Upłaz. Potem zeszli popod Kończystą nad Doliną Kościeliską. Podzielili się owcami. Kościerz z Piwowarem swoje wyrżnęli w turni pod Jaworzyną, ale od razu nie rozcięli brzuchów i nie usunęli flaków. Jak przyszli na drugi dzień łupić skóry z owiec to okazało się, że je ozduło i nie dało się już nic zrobić. Kości leżą tam do dzisiaj. Tutka swoją część zabrał od razu, pędząc żywcem na Krzeptówki. Galice downo narobiali z kościami, to ik nazwali Kościerze.
Po słowackiej stronie pasali wtedy: Jano Koreń w Dolinie Kamienistej i Martin Durbisz w Hlinie. Byli to bacowie ze wsi Wychodna. Natomiast w Raczkowej bacował Jano Cukrik. Rodem był z Pribyliny albo z Kokawy. Kupcyłek ś nimi syćkimi i bocem ik do dziś. Wciołbyk się jesce ś nimi widzieć.
W Kotłowej przy Dolinie Kamienistej pasły się woły. Był to rok 1962. Chodziły sobie bez dozoru. Na karkach miały piękne duże dzwonki. Takie dzwonki robili na Słowacji. Za śtyry takie zwonki dawało się luptokom jedne owce.
Prawie my popijali z wopistami w kosówce. Juhasi ze Starej Roboty zmówili się, że przepędzą na naszą stronę woły, które pasły się bez dozoru pod samą granicą. Doszły tu z Kamienistej. Kiedy je nagle wystraszyli, stado ruszyło na granicę. Osiem wielkich wołów spadło z pod Błyszcza w Siwe Sady na Polską stronę. Wiys kielo becały, kie się tulały. Śtyry się zabiły, a śtyry wzieni z powrotem. Kozdy mioł po 8 metrów wogi. Piyrse przyśli leśni i jedyn przed drugim chowoł po kosówce kęsy miysa. Zaś tyn wtory go podejrzoł, wykrodoł mu spod tyj kosówki. Wopiści dali mi lornetke, tok widzioł ka wtory leśny chowo. Wnet przisła noc i chodzili my po to miyso. Syćkie woły były brzeziate, cyrwonego toś nie uwidzioł. Miały proste rogi.

Taki to był mój żywot. Reśte wcem iść hań.

I poszedł. Zmarł w 2001 roku.

Wspomnień wysłuchał: Marian Matusiak

   Materiał ten powstał w oparciu o zwierzenia Józefa Obrochty „Muńcorza” z Kościeliska. W okresie ostatnich dwóch lat przed śmiercią odwiedzał mnie w Dolinie Kościeliskiej i przekazywał zapisane tu informacje. Nie zostały one jednak notarialnie potwierdzone. Niektóre zawarte w treści opisy interpretowane mogą być przez jego rówieśników inaczej. Wspominał on bowiem czasy sprzed ponad pół wieku. Potwierdzam jednak wielką przytomność jego umysłu, pamięć do faktów i nazwisk. Tekst może zawierać niewielkie błędy, drobne niezgodności, ale i tak stanowi cenny dokument z odległych czasów.         

Marian  Matusiak

3. „Mieszkańcy płonącej doliny” (fragmenty powieści o historii tatrzańskiego górnictwa i hutnictwa)

Dolina w nocy, jak wnętrze pieczary
W niej kuźnie ogniem ziejące
Jak paszcze smoków zaklętych przez czary
Wieczystych skarbów strzegące...
We dnie i w nocy, nie staje robota
Nie znają zimy, ni wiosny,
Tylko ten ogień, szum wody, huk młota,
I jęk kowadła żałosny.

Wincenty Pol, Obrazy z Życia i z Podróży – 1846

   Kłęby dymu unosiły się nad ogniskiem. Zapach choinowego igliwia ogarniał całą okolicę górskiej doliny. Kilkudniowa męcząca wędrówka piechurów z Krakowa do Tatrów dobiegła końca. Koryto kamienistej rzeki, wzdłuż której szli królewscy poszukiwacze skarbów było bagniste i obficie porośnięte gęstwiną leśną. Będąc teraz u celu swojej odkrywczej wyprawy rozsiedli się wokół ciepłych iskier ognia. Utworzyli tu swoje skłonisko noclegowe. Obeznani z kunsztem poszukiwania skarbów założyli kilka odkrywczych szurfów we wnętrzu górskich szczytów. Pobierali z nich próbki do alchemicznych doświadczeń. Czas ku temu obrany był zgodnie
z tajemnymi regułami czarownych praktyk. Ich skuteczność miała niebawem objawić magiczny świat tatrzańskiego bogactwa.
Było właśnie dwa tygodnie po Jakubie. Krakowski kupiec Kasper Beer w towarzystwie obeznanego z górami dzierżawcy kopalń kruszcu w Tyrolu Jakóba Fukiera, podjęli się zadania zasilenia monarszego skarbca. Do południa jęli kopać korzenie i zrywać liście roślin, chowając je do swoich tobołków. Miały one cudotwórcze moce odsłaniania srebrnonośnych żył ukrytych w górach. Do wydrążenia z ziemi ziela służyła im jesionowa laska z podkręconą rękojeścią. Posiadali też ze sobą zaostrzone metalowe łopatki. Nie sprzeniewierzali się jednak poszukiwawczym regułom. Użycie innych niż owe laski narzędzi, mogłoby doprowadzić do niepowodzenia całego przedsięwzięcia a nawet zaginięcia całych skarbonośnych pokładów.
Zanosiło się na to, że pierwszy nocleg w górach spędzą pod gołym niebem. Zajęci skalnymi odkrywkami nie przygotowali sobie nawet skromnej koleby. Wygwieżdżone niebo wróżyło spokojną i ciepłą noc. Nacięli więc choiny i wyłożyli nią gęsto legowisko przy ogniu. Raz po raz ciskali z barłogu gałęzie w palenisko. Dym kotłował się wokół świeżej cetyny i uchodził prosto do nieba. Dzień jutrzejszy przeto zapowiadał się pogodnie. Rozbudzeni nazajutrz we wnętrzu olbrzymiego padołu skalnego, zawieszonego pośród kończyn kopczastych wzniesień i lesistych czubałków, iść zamierzali ku wierchom. Wody szerokiego potoku, który w wyszczerbionym łożysku utorował sobie drogę, suną pomiędzy ściany gór. Wygrywają na kamiennych strunach melodie niebotycznych szczytów, od których odbijają się czerwone łuny wschodzącego słońca. Przemierzając leśne zasieki nad wodą doszli na polanę, gdzie nurty dwóch potoków zlewają się w jedno koryto. Siedli na kamieniach, rozwinęli pergaminowe zwoje papieru z dziwnymi i tajemnymi znakami. Podziwiali okolicę porównując rozmieszczenie okolicznych szczytów z posiadanym planem.

W tym ucisznym zakątku górskim wyjęli ze swoich toreb zapasy pożywienia, którego spożywanie przebiegało w atmosferze zachwytu nad przyrodą Tatr.

  1. Jest tu rozstaj potoków wodnych i roztacza się piękny widok – zagadnął Kasper. Nazwijmy to miejsce Roztoka – zaproponował. Fukier zgodził się na takie określenie. Słyszał bowiem, że tej nazwy używa się dla podobnych przytulisk górskich w całych górach karpackich.

   Kasper był znanym poszukiwaczem skarbów. Kiedy Sejm w 1507 roku uchwalił aby wybijać monetę w półgroszkach, wszedł do spółki z Janem Turzo i zawarł umowę z mennicą. Żeby jednak ją zrealizować trzeba było zakładowi produkcji monet dostarczyć własnego srebra.
Jan Turzo parając się wytapianiem miedzi, zaprzyjaźniony był z kupiecką rodziną Fukierów krakowskich. Tych zaś łączyło bliskie pokrewieństwo a augsburgskimi Fuggerami zamieszkującymi przedgórze Alp. Kasper wprowadzał więc Fukiera w Tatry i zachęcał go do utworzenia w nich tyrolskiego przedstawicielstwa górniczego.
Kupno kruszcu, bicie monet i nadzór nad mennicą należały do obowiązków podskarbiego koronnego. Tenże nalegał na systematyczne dostarczanie srebra, toteż w celu odkrycia nowych jego pokładów, penetrowali teraz góry nasi poszukiwacze. Zasady alchemii były im dobrze znane. Pobierane więc próbki do badań pakowali w małe słoiczki, sypiąc do nich tajemne preparaty.

  1. W żyznym państwie obfite są pola metalów – zapewniał tyrolczyk i kontynuował dalej, że na takich miejscach jak tu widać nadspodziewanie kruszec musi się wynaleźć.
  2. Tak, metale najczęściej rodzą się w górach – potwierdzał Kasper.
  3. Srebro rodzi się częstokroć w skale szarego albo popielatego koloru

i w twardej skale, gdzie góry największe i do przekopania trudne – dzielił się swoimi alpejskimi doświadczeniami Fukier.
Podchodzili teraz w górę bezleśną płonizną kierując się ku odległym stawom.

  1. Idźmy tym żłobem do góry, gdzie bystra woda pędzi, skały tam niby zamek o siedmiu wieżach. Tam jest stawek, który prześwieca rubinami jak bukowy owoc albo groch – mówił Kasper.

   Wtem dostrzegli w oddali tajemnicze postacie. W mgnieniu oka zmienili się w sterczące skały. Dziwne stroje tych nagle objawionych figur ludzkich z miskowatymi rondelkami na głowach i ruchami wskazującymi na odprawianie jakiś zaklętych reguł, wprawiły ich w to osłupienie.

  1. Chłopi, to chłopi – mówi Jakób, rozpoznając na wpół zgięte postacie ludzkie. Ludzie tutejsi, skrytostrzelcy jak ich u nas w Alpach zowią. Polują na zwierzynę. Są tu więc z drugiej strony Tatrów jakieś siedliska ludzkie.

Miejscowi górale kończyli patroszenie zdobyczy.
Nagle pochwycili pawąz z nanizanymi nań kozami i chyżo pomaszerowali górską percią ku dolinie.
Nasi poszukiwacze mieli przy sobie ów pergaminowy rulon, na którym spisane były wszelkie górskie trasy do skarbów. Szukali więc w tekście odpowiednich zaklęć wskazujących właściwą drogę.

   Woźnica Gut po raz kolejny wyjeżdża swoim 2 – konnym zaprzęgiem do Krakowa. Wiezie na żelazny plac handlowy w Salinach pręty i blachy. Handlarzowi żelaza w Nowym Targu ma też dowieźć obręcze do kół bryczkowych i beczek, któreśmy na jego życzenie zrobili. Żyd Goldfinger zabiera teraz od nas dużo drobnicy i sprzedaje z powodzeniem na czwartkowych jarmarkach.
Z wielickimi salinami handluje się nam już prawie pół wieku, od kiedy pan Jan Reichersdorfer nabył Huty Hamerskie w 800 roku. Był on wielickim poczmistrzem i sprzedawcą soli. To za niego zaczęto wozić żelazo z Tatr do Wieliczki i Krakowa. Nawet jak po nim huty kuźnickie kupili panowie Blutowski i Lang to też pomagał im towar na placu w Salinach sprzedawać. Teraz, jak mają je nasi państwo Homolaczowie to nawet więcej w te niziny jeździmy. Za pana direktora Elsnera zakłady nasze bardzo się rozrosły. Mamy przecie 17 górników, 15 robotników w odlewaniu, 53 kowaczy i ślusarzy i 20 węglarzy. Jest też 14 robotników podręcznych i cała służba leśna, więc roboty idą sprawnie. Niewiele jednak brakło aby wszystko runęło. Dalibóg, gdyby nie sążnistej postury sprytny sługa pański, los naszej hamerni byłby zagrożon. A było to tak.
Kilka wiosen wcześniej dobrodziej Edward zarządził abyśmy wypełnili wyrobami dwa wozy konne. Kazałem więc z polecenia pana Elsnera umieścić w jednej kaśni obręcze, podkowy, korby, kraty, garnki, pręty, kilofy, grabie, dusze do żelazek i świeczniki.
Na drugim wozie daliśmy wyroby duże, szyny, kraty, piły tartaczne, piecyki, żniwiarki i brony a także kilka wiwatówek moździeżowych. Pan Homolacz zarządził wyjazd do Wiednia, gdzie odbywała się wystawa przemysłu austriackiego. Takeśmy i tam w dni pięć dojechali. Nasze rozliczne wyroby były piękną ozdobą tych najprawdziwszych targów sztuki żelaznej. Kiedy wracaliśmy z wielkim animuszem, boć i sprzedać się większość na miejscu udało, za Preszburgiem napadli nas z nienacka opryszkowie węgierscy. Jużci do mnie jakbym miał na czole wypisane żem kasjer dopadli i o reńskie pytali. Jednakowoż tym razem zapłatę za towar miał pan Homolacz przy sobie. Kiedy rewidento mojej kieszeni wypadło niepomyślnie, tedy rzucił się jeden z oprychów w stronę dobrodzieja, który siedział wygodnie w bryczce jadącej z tyłu naszej karawany. Tymczasem rzeźwy hawiarz, co go dopiero pan zatrudnił w kuźnicach puścił lejce i lwim skokiem zasłonił swoim ciałem właściciela naszych zakładów. Śmiertelnie ugodzony przez rabusia padł obok powozu. Nim Homolacz dopadł janczarki i jął strzelać w stronę barbarzyńców horda złodziei wnet umknęła w lasy. Tam żeśmy tego dzielnego biedaka pochowali. Pan dobrodziej postawić mu kazał krzyż w Kuźnicach i wyryć datę 1839. Pani Klementyna zaś ułożyła napis „Oycze! w ręce Twe polecam ducha mojego” i poleciła ukuć kratę z żelaza naszego na ogrodzenie. Tak ci się to skończyło na szczęście nasze i nieszczęście. W tym też czasie jak robiliśmy kratę do pomnika z krzyżem, właścicielka okratować kazała też fontannę przy dworze.
Dzisiaj 13 września roku 840 będzie uroczysty festyn. Państwo Homolacze zaprosili wyśmienitych gości. W ogrodzie przed fontanną stoi też już gotów do odsłonięcia pomnik najdostojniejszego arcyksięcia Franciszka Karola. Przed laty zaszczycił on Kuźnice swoją obecnością. Mnie tu jeszcze wtedy nie było.
Pani dobrodziejka zamówiła wcześniej na stoły przepiórki. Direktor Elsner z naszym Oberforsterem, no wiecie, nadleśniczym, Antonim Brosigiem obiecali, że zakąsek mięsnych też nie braknie. Polecili aby służba leśna ubiła kozę, co też się stało. Pan profesor Nowicki i ksiądz Janota, którzy czynili badania nad przyrodą Tatr nie byli z tego zadowoleni.
Bywali często w gości u Homolaczów i wiedzieli, że z lasu biorą tylko to co im potrzebne do hut. We wszystkich decyzjach kierownictwo hamrów zdawało się na leśnych, dając im wolną rękę.
Ci zaś często kupcą ze skrytostrzelcami.
W dzisiejszej mszy będzie uczestniczył postawny wikary z Nowego Targu, ksiądz Józef Stolarczyk, którego przywieźli woźnice. Jest i więcej duchowieństwa ubranego w świetne ornaty. Łagodne melodie górnicze przygrywa muzyczna banda pułku hrabiego Nugenta. Odświętny szpaler górników podąża z chorągwią Najświętszej Maryi Panny pod pomnik. Tylko rzeźbiarz z Gliczarowa zerka z okna modelarni na swoje dzieło korzystając z zasłużonego odpoczynku.
Ledwośmy się uporali z dzisiejszą uroczystością a już zapowiedziano wizytę brata cesarza Franciszka Józefa. Jam już bardziej Polak niż obcy i nie spieszno mi do tych festynów.

   Wiosna 847 roku. Zakwieciło się w naszym kuźnickim parku. Ksiądz Stolarczyk, który przyszedł do nas na proboszcza z Nowego Targu, spaceruje teraz po niedzielnej mszy z dobrodziejką. Dzięki Bogu spełniają się jego zamiary dotyczące rozbudowy kaplicy i utworzenia parafii w Nawsiu. Pani Klementyna poleciła nadleśniczemu, aby robotnicy lasowi wyrobili odpowiednią ilość drewna. Proboszcz organizuje już sobie plac budowy. Ogląda nasze wyroby zamierzając nabyć je dla wyposażenia świątyni. Przekłada kraty, śruby i żyrandole, coś notuje w swoim podręcznym kajecie. Widzę jak gromadzi w jednym miejscu ruszta i drzwiczki piecowe. Jużci kompletuje sprzęty i do plebanii, czyżby w domu Staszeczka przy Krupówkach źle mu było.
Zamówił też lichtarze. Dobrodziejka podarowała Jegomościowi na  nowe gospodarstwo nasze garnki i blachy piekarskie.
Jużeśmy się zabrali z kościeliszczanami do pomocy proboszczowi w rozbudowie kościoła, jak doszły nas odgłosy o wielkim buncie chłopów w Chochołowie. Stanęli oni do walki przeciwko żandarmerii austriackiej. Porwali się na koszary graniczne z kosami, jakie w kuźni pana Blumenfelda na Kośnych Hamrach wyrabiają. Baron Borowski, który miał ich bronić nakłada im szarwark przy cięciu drzewa i kopaniu rudy w Starej Robocie zyskami się nie dzieląc.
Do Doliny Kościeliskiej posłałem panów Zejsznera i Puscha. Kilka dni wcześniej byli w Magórze. Pan Zejszner jest w gości u Homolaczów już nie pierwszy raz. Czyni poszukiwania nowych pokładów rudy żelazistej. Wcześniej odkrył nam żyły kruszcu na Pisanej. Założyliśmy tam siedem sztolni, które zwiemy kopalnią Maturka, od nazwiska naszego sztygara Matury. Zimą urobek puszczamy spod turni w dół,  na składy szturców rudy. Mamy na to umyślnie zrobione płazowe sanie. Latem ruda zjeżdża w skrzyniach, po pochylni z drewnianych szyn. Zaprzęgiem popod turnie nie wyjedziesz, taka stromizna. Potem furmani ładują wozy i wloką się jeden za drugim na Stare Kościeliska ku piecom. Dymią tam też mielerze, w których uhlarze wypalają węgiel drzewny. Na polanie poza węglarzami mieszkają jeszcze kopacze, hutnicy i młociarze. Jużci cięgiem tu wesoło i hucznie wieczorami. Górnikom dajemy bonusy do karczmy aby mogli radości zabawy i opilstwa zażyć, bo mrozy tu tęgie a i robota ciężka. Nieraz to i zwykli rabusie tu zaglądają.
Smutno się zrobiło roku przeszłego, kiedy nie wiedzieć dla jakiej przyczyny naszą karczmarkę na kościeliskach okrutnie zabito. Nazywała się Marianna Hramiec. Zgodnie z ludźmi żyła, bo i nieraz z hawierami do późnej nocy śpiewała. Panną była i ani majętną ani już młodą. Zabito ją kijanią w głowę a piersi potargano strzępiście.
Proboszcz Stolarczyk bił pięścią w balustradę ambony i nawoływał lud, aby się opamiętał. Dzwonnice na Nawsiu i nasza w Kuźnicach biły pogrobne a echo niosło się ku halom na przestrogę tatrzańskim oprawcom. Grzebaliśmy tę nieszczęśnicę na plebańskim gruncie, który miejscowy góral Pęksa podarował pod cmentarz.
Spodziewać się teraz musim inspekcji nadrządcy Salin wielickich, bości Marianna już lat dziesięć w naszej hawiarskiej familii była. Przychodzi mi teraz na myśł opowieść starego górnika, co tu jeszcze przed dobrodziejami fryszował rudę. Opowiadał mi kiedyś, jak to w jego czasach zbóje na kuźnice napadli i wykradli prochu beczkę a huty z dymem puścili. Jużci śledztwo trwało długo, ale nie stanęli oni przed sądami unikając pręgierza. Sprawiedliwość mógł im wymierzyć jedynie Sąd Boży, i kto wie czy i ta zbrodnia przed jego oblicze wniesiona nie będzie.
Furman Jędrzej Gut jest w Wieliczce, w powrotnej drodze ma zabrać z Krakowa w Tatry panie Steczkowskie.

 

   Jest rok 860. Dziedzice wydzierżawili od Adalara Salamona hutę w Jaworzynie Spiskiej. Teraz jeździmy tam częściej wożąc bochny wytopionej surówki do dalszej przeróbki. Pan Homolacz po wyjeździe Elsnera z Kuźnic powierzył mi objęcie nadzoru nad całymi zakładami. Zostałem więc dyrektorem. Mam teraz baczenie nad walcownią, kuźnią i odlewnią. Kopacze coraz mniej wydobywają i trudno będzie mi utrzymać produkcję jak za dawnych czasów. Przyszedł do mnie ksiądz Blaszyński z Chochołowa. Chciał ufundować krzyż na wieżę kościelną dla nowej świątyni. Chociaż proboszczem był w Sidzinie to serce jego biło do rodzinnej miejscowości. Ulaliśmy ten krzyż a Wojciech Kułach umyślił jeszcze formy na krucyfiksy cmentarne. Ludzie kupują je do Szaflar i Chochołowa. Jegomość Stolarczyk też ogłosił w Nawsiu, tylko u nas biedniej jakby i biorą nieliczni.
Żydzi wystawili w Nawsiu pod Gubałówką bożnicę. Dnia pewnego modły innowierców przerodziły się w prawdziwy wiec. Wzorem karczmy Wnuka chcieli w sąsiedztwie wystawić swój własny szynk. Goldfinger zabiegał u nas o dzierżawę papierni. Żydostwo coraz bardziej panowało nad handlem w Zakopanem. Gminę sobie założyli i wykupili grunty pod kirkut na Bachledzkim Wierchu. My zaś jeździm tam Antałówką z żelazem co im zdaje się wadzi.
Pani Klementyna dała huty w dzierżawę Goldfingerowi. Ten zaś obeznany z żelazami dogląda produkcji i podstępami swojemi strzeże majątku na każdem kroku, czegośmy dotąd nie czynili. Tym też ułapał na kradzieży blach walcarza Tomlana. Gdyby nie Jegomość Stolarczyk co się za nim wstawił kaucją 200 reńskich, byłby wylał go bez słowa. Proboszcz uprosił to u dobrodziejki, dzięki czyniąc mu za pomoc przy budowie plebani. Ta zaś Żyda przepłaciła owemi reńskiemi.
W 863 oddaliśmy Jaworzynę, gdyż w sztolniach wybierano tylko kamień nieużyteczny. Państwo dziedzice nie chcieli płacić nowych poszukiwań. Zostały już same drobne okruchy, bo większe skupiska hematytowe jużeśmy wybrali. W Dziewiątce w Ornaku jest jeszcze trochę syderytów, jak mówią uczeni. Ale to ubogie rudy żelaza. Nie wiem co jeszcze widzą za interes w tych górach Niemcy. Ci od barona Eichborna mają przyjechać do Kuźnic na próby kupna ut. 866 przyniósł nam z żoną Eleonorą miłe zaskoczenie. W jednym miesiącu zostaliśmy chrzestnymi młodych górali. Wojciechowi Stopce urodził się syn Józef i poproszono mnie z Zofią Krzeptowską na uroczystość, której przewodził proboszcz Stolarczyk. Eleonorze dostały się bliźniaczki Rozalii i Józefa Krzeptowskich, co u nas we dworze pracowali. Józef poprosił na ojca chrzestnego panicza Edwarda, za zgodą państwa dobrodziejów. Dziewczynkom dano imiona Rosalia i Antonina. Jegomość, który chodził z Edwardem często w Tatry, a czasem jak brali Walę to i na kozice był w tym dniu bardzo dumny. Opowiadał wszystkim, jak to górale się z nami pokochali i że biorą nas jakby za swoich. Rudy w górach brakuje i Bóg raczy wiedzieć jak długo będzie nam dane jeszcze topić i produkować. Najlepiej idzie Magóra. Potwierdziły się badania pana Zejsznera. Zwożą więc rudę z Magóry na saniach w wielkich skrzyniach z okrąglaków. Z trzech ton rudy mamy tonę surówki co nam jeszcze ratuje huty. Pan Homolacz pisze prośby do różnych starostw górniczych abyśmy mogli szurfować, no wiecie znaczy zakładać próbne pola poszukiwawcze w Komitacie Orawskim, w Bobrowcu czy koło Twardoszyna. Tameczni hajni boją się jednak o lasy. U nas na węgle wyrąbaliśmy już pokaźny drzewostan. Do jednej tony żelaza potrzeba nam 38 metrów kubicznych drewna. Jeszcze za dziedzica Emanuela robiono próby z torfem, ale dawał on mało ciepła na fryszerkach, gdzie świeżono surówkę.  
Tegoż roku był w Kościeliskach pan Kraszewski, ale nie dalej doszliśmy jak tylko Między Krzesanice, bo już z przemysłu naszego niewiele można było mu pokazać. Wszystko popada w ruinę, tylko tartak jeszcze chodzi.
Pan leśniczy Kocyan wycina nam w Kościeliskach jeszcze potrzebne drzewa do zakończenia prac w Kuźnicach. Więcej jednak poluje i wypycha ptactwa, które sprzedaje do różnych muzeów i dobrze na tym zarabia. Były nawet skargi, że strzela do kóz, które są już pod ochroną. Pan profesor Nowicki i ksiądz Janota wystarali się o to, aby Sejm galicyjski uchwalił ochronę tych zwierzaków. Tak też się stało w 868.
Nadszedł rok 870. Pani dziedziczka zdecydowała sprzedać Kuźnice Niemcom. Bankier z Berlina pan Eichborn, który do nas przyjeżdżał przez ostatnie lata kupił je wraz ze swoim zięciem Peltzem.
Dużo górali straciło pracę. Nowy właściciel uruchamia tutaj papiernię i przemysł metalowy zaniedbuje. W poważaniu ma tylko leśników i wozaków, bo lasy rąbie się teraz doszczętnie. Rodziny hamerników biednieją.
Z resztek materiału jaki nam na placu pozostaje kończym jeszcze za zgodą nowego właściciela pługi, żniwiarki i brony dla Żyda Goldfingera.
Państwo Homolaczowie pakują się i wnet wozami opuszczą Kuźnice. Kupili już posiadłość w Balicach i mieszkanie w kamienicy na Św.Jana w Krakowie. Za nimi rusza część służby i rodzina morawskiego hutmana Pawełki, która całkiem się spolszczyła. Pan Kocyan wyjechał na Orawę i tam objął leśnictwo. Ptaki i zwierzęta w Dolinie Kościeliskiej mu za to wdzięczne będą. My zaś z Eleonorą w Kuźnicach doczekamy swoich dni. 

Marian Matusiak


  do góry
Wykonanie Kompleksowa opieka it, projektowanie serwisów www, hosting, domeny, bannery reklamowe, poligrafia Prawa autorskie © 2008-2018 Zakopiańska Fundacja Narodowa SKANSEN